Ironman 70.3 Barcelona na 5

Agnieszka Jerzyk / 30 maja 2018

Trochę ponad tydzień minął od mojego kolejnego startu w zawodach z serii Ironman 70.3. Tym razem prosto z trzytygodniowego obozu w wysokich górach w Hiszpańskiej Sierra Nevada zawitałam do Barcelony a dokładniej Calleli, która oddalona jest o około 50km od pięknej Barcy. Na starcie stanęło wiele zwycięskich nazwisk min: vice Mistrzyni Świata Emma Pallant, czy wielokrotna medalistka Mistrzostw Europy i Świata Camila Pedersen. Na liście panów nie zabrakło najlepszego Hiszpana Javiera Gomez Noya ale i naszych panów w osobie Łukasza Kalaszczyńskiego i Krzysztofa Augustyniaka.

Do Calelli wyruszyłam 18.05 o 2 w nocy, do pokoju dotarłam o godzinie 12, gdyby nie ta zarwana nocka nie byłoby źle. Ale zrobiłam sobie drzemkę i to nie małą bo bite 2,5h i poszłam potruchtać 🙂 Dzień szybko minął bo tuż przed 20 znów poszłam spać. Spałam jak suseł bite 12h, szaleństwo. Ale ponoć to ta noc jest właśnie najważniejsza i trzeba ja przespać, a ta przed samymi zawodami nie ma takiego znaczenia :). Złożyłam rower i poszłam do serwisu rowerowego by zmieniono mi łańcuch i ustawiono przerzutki bo już przed zawodami spadł mi łańcuch, ale to wzięłam za przypadek. Poszłam chwile pokręcić 🙂 niby wszystko było oki. Później zjadłam obiad w postaci carbonary, odebrałam pakiet startowy, wstawiłam rower razem z chłopakami i powędrowaliśmy na briefing.

Krzysztof Augustyniak, ja i Łukasz Kalaszczynski

Pózniej kolacja i znowu spanie. Pobudka o 4:00. Płatki owsiane z żurawina i jogurtem a do tego kawa, zestaw ten co zawsze 🙂
5:40 ruszyłam z Krzyśkiem na spacer do boksu. Naładowałam moje ulubione hydro żele z high5 do sakwy rowerowej i do worka biegowego a później poszłam się rozgrzewać. Chwilę potruchtałam i już trzeba było zakładać pianeczkę bo zbliżała się 7.

Fot: Federmut Espańa

Jeden po siódmej wybił mój gong. Ruszyliśmy do wody, niestety nie ustawiłam się dobrze i stanęłam w drugiej lini. Nie lubię się przepychać a dziewczyny nie chciały się przesunąć.  Nieważne, może następnym razem użyję łokci jak uznam że to ściąganie jest najważniejsze w życiu. Szybkie pływaczki odpłyneły a ja prowadziłam cała druga grupę a w sumie to Emme Pallant, która trochę mnie denerwowała bo szmerała mnie po stopach a że woda była na tyle zimna że moje stopy były zmarznięte, odczuwałam to jakby próbowała zedrzeć mi skórę ze stóp. Wybiegliśmy razem z wody a potem na rower.

Fot: Feremut España
Fot: Federmut España. Ja i Emma Pallant

Jechałyśmy około 30 km zmieniając się na prowadzeniu. Dogoniłyśmy kilku chłopaków którzy wystartowali minutę przed nami. Czułam się jak zawsze po zejściu z wysokich gór. Czyli moje płuca były dwa razy większe, oddychało mi się fenomenalnie.

Fot: Ingo Kutsche

Aż nadszedł to moment kiedy skończył się pierwszy z podjazdów i trzeba było wrzucić łańcuch na dużą tarczę. I stało się, spadł mi łańcuch, mimo balansowania przerzutami za choinkę nie chciał wskoczyć z powrotem. Musiałam sie zatrzymać. Emma i „koledzy” których dojechałyśmy pojechali. Założyłam nerwowo łańcuch co w tych nerwach nie było łatwe. I gnałam dalej. Na odcinku płaskim odrobiłam trochę straty bo w oddali znów ujrzałam Emme. Zaczynał się kolejny podjazd. I niestety znów to samo. Fuck !!!! Tym razem zakładanie łańcucha poszło mi sporo szybciej. Jadę dalej zastanawiając się jak daleko odjechały zawodniczki i jak blisko są te które były za mną.

Fot: Carlos Hervera

Pozostało jeszcze ponad 40 km do T2 i dzieje się to po raz trzeci 🙁 Teraz juz moja frustracja sięga zenitu Fuck Fuck Fuck tak na głos, 🙈 że mijający mnie faceci nie wiedzieli  czy się śmiać czy deptać szybko na pedały i znikać. W tym momencie powietrze ze mnie uszło, nie było juz iskierek w moich oczach. Czasem tak jest, że mogłoby się wydawać tym najtwardszym, najbardziej wytrzymałym, tym co wierzą z całych sił w powodzenie, że nadzieja też gaśnie. Jechałam dalej, po pewnym czasie dojechała do mnie koleżanka z instagrama ze Szwecji Annie Thoren. Zapytała mnie czy wszystko oki i ile biegam. Po czym siadła na kole i jechałyśmy dalej. Ja się nie gniewałam, po prostu robiłam swoje. Chciałam dotrzeć do mety.

Fot: Ingo Kutsche

Pod koniec zjazdy na rowerze minął mnie jakiś facet a za nim Ewa Vutti która świetnym biegiem wskoczyła na podium. Mój bieg miał wiele do życzenia. Ale przez tą złość, a raczej bezradność nie umiałam wykrzesać z siebie więcej. Metę Ironman 70.3 minęłam na 5 miejscu. Niby to bardzo dobre miejsce ale po tej pracy jaką wykonałam w Sierra Nevada i po tym, że wszystkie moje starty po zjeździe z wysokich gór były rewelacyjne czuje rozczarowanie. 

Fot: Ingo Kutsche
Fot: Ingo Kutsche
Awards Ceremony
Cukiereczki 😉

Czas po zawodach w Calelli, umilała mi rodzinka Augustyniaków mały cukiereczek Piotrek, Justyna i Krzysiek. Wieczorem czekała mnie ceremonia rozdania nagród i pakowanie. Rano ruszyłam do Girony odwiedzić Ewcie Komander. U Ewy spędziłam dwa dni pijąc kawę w ulubionej kawiarnii Fana Frodeno i spacerując z Rico 🙂  

Rico
Razem z Ewcią i Juanem w kawiarnii Mafia

Pozdrawiam kibiców 😃

Dziękuję bardzo sponsorom za pomoc 💪🏼

 

IDMAR Racing Team 

Konwa Bike Leszno

Zone3 Polska, Triathlonista.com

Blachotrapez

Wojsko Polskie

Real 64-Sto

New Balance Polska 

Toscania.Fit 

High5 Polska 

Martombike

Ron Wcheels

C+Ceramic

Rudy Project 

walizki rowerowe b&w

 

 

SHARE

Leave a Reply