Ironmam 70.3 Liuzhou

Agnieszka Jerzyk / 18 kwietnia 2018

Po zaciętym finiszu wygrałam Ironman 70.3 Liuzhou (1.9km🏊🏼‍♀️/90km 🚴🏻‍♀️/21km🏃🏻‍♀️) 🤷🏼‍♀️

4 godziny, 19 minut i 52 sekundy. Właśnie tyle zajęła mi walka o zwycięstwo ze Szwajcarką Imogen Simmons. Ciekawa rywalizacja, pełna koncentracja, spokój i dobra taktyka. Właśnie tak mogłabym po krótce opisać ten wyścig. Ale zacznijmy od początku.

Do Liuzhou wraz z Łukaszami (Remisiewiczem i Kalaszczyńskim) przylecieliśmy 12 kwietnia w samo południe. W podróży sporo spałam, co oznaczało, że jestem zmęczona zarówno obozem, jak i podróżami. W innym przypadku ciężko jest mi zasnąć w samolocie. Tym razem spałam w najlepsze z buzią otwartą jak to mam w zwyczaju 😂

Po przyjeździe do hotelu złożyłam rower i wybrałam się „przekręcić nogę”. Przejechałam aż 18 km z przerwą na 2 zdjęcia.

 

Wiem, że tego roweru było jak kot napłakał, ale podróż i warunki atmosferyczne w Chinach nie pozwoliły mi na większe szarżowanie. Było tak duszno, że praktycnzie nie było czym oddychać. Później przyszła pora na spacer i podziwianie pięknego miasta jakim jest Liuzhou 😍, a wieczorem jak przystało na sportowca makaron na kolację.

 

Po powrocie do hotelu wystarczyło mi sił tylko na sesję regeneracyjną z Compexem na łydki i uda, po czym padłam, jak kamień.

Kolejny dzień upłynął pod znakiem briefingu dla zawodników, odbióru pakietów startowych, treningu  biegowego z RanEatem (ja 6 km, a on 12 km), makaronu na obiad, czyszczenia roweru żeby szybciej jechał i szykowania wszystkich manatków na  start. Była też kolejna porcja makaronu na kolację, oraz w końcu drożdżowego ciasta mocy RunEata. Zanim zasnęłam przez cały dzień musiałam zmagać się ciężkim powietrzem, tzw. parówą, która zwiastowała nadchodzącym wichurom i deszczom.

 

Noc z serii „jak każda noc przed startem”, czyli z kilkoma pobudkami i sprawdzaniem która godzina, czy aby czasem nie zaspałam, i czy za oknem już pada deszcz. Ostatnia pobudka o godzinie 04:30 była już wynikiem działania budzika. Wyglądnełam za okno, deszczu ani śladu i pomyślałam sobie „super, przeszło bokiem”. O godzinine 04:45 zjadłam śniadanie -płatki owsiane z żurawiną i jogurtem naturalnym i popiłam je kawą serwowaną przez Łukasza Kalaszczyńskiego. Z hotelu wyjechaliśmy o godzinie 05:30 i udaliśmy się do obydwóch stref zmian, jako że T1 i T2 zlokalizowane były w innych miejscach. Przed startem w ramach rozgrzewki pomachałam rękoma, pobiegałam 10 minut, ale już po kilku krokach byłam cała zalana potem. Pogoda niczym przed burzą. Uf, jak parno, uf, jak gorąco. Początkowo nie chciałam wchodzić przed startem do wody na rozgrzewkę, ale po tym 10-minutowym biegu nie marzyłam o niczym innym. Ubrałam do połowy piankę Zone3 i pospieszyłam na prezentacje zawodników PRO.

Po prezentacji wszystko zaczęło nabierać tempa. W końcu mogłam wejść na rozgrzewkę do wody i po niedługiej chwili czekałam na słowa „3… 2… 1… GO!!!”

🏊🏼‍♀️ 1900 metrów pływania w rzece. Co prawda pływanie było z nurtem, aczkolwiek boje rozstawione były po całej szerokości rzeki, więc zwiedziliśmy kilka razy każdy z jej brzegów. Temperatura wody idealna – 21 stopni Celsjusza. Przejrzystość dość słaba, spodziewałam się dużo gorszej chińskiej zupki. Już na samym początku odpłynęła mi jedna z zawodniczek. Miałam nadzieję, że jest to pływaczka i na rowerze szybko ją dogonię. Tymczasem ja musiałam wiosłować swoje. Płynęłam samiuteńka jak palec. Po 400 metrach czułam że zsuwa mi się czepek aż w końcu kilkadziesiąt metrów dalej go zgubiłam. Myślałam, że takie sytuacje zdarzają się tylko na zawodach ITU, gdzie 65 zawodniczek walczy w pływackiej pralce przez cały dystans. A jednak czepek może zsunąć się bez niczyjej pomocy. Człowiek uczy się całe życie. Dokładnie od tamtego momentu rozpoczęły się nerwy. Nie wiedziałam, czy za to że straciłam czepek nie dostanę jakieś kary. Nie znam jeszcze za dobrze tego dystansu, tych zasad, przecież rok temu za to, że weszłam do wody przed startem na rozgrzewkę dostałam karę stop&go. Na dodatek moja długa kita ciągnęła mi się po plecach przez dobre 1300 metrów stawiając spory opór. Ale to jeszcze nic. Najgorsze było to, że nie wiedziałam czy płynę dobrze. Miały być cztery czerwone boje wyznaczające trasę, które trzeba było ominąć z odpowiedniej strony. Boje żółte miały być tylko bojami kierunkowymi, które można było opłynąć jak się chce. A tu mniej więcej w połowie trasy wszystkie boje okazały się być czerwonymi i nie wiedziałam jak płynąć. Z której strony je ominać? Kilka razy musiałam się zatrzymać, aby się zorientować i walczyć dalej, po czym cały czas zastanawiałam się czy dobrze płynę. W końcu wybiegłam z tej wody która kosztowała mnie kupę nerwów. RunEat krzyknął mi, że mam ponad minutę straty i że jestem druga. Wskoczyłam na rower, zaczęło mocno wiać, wszystko fruwało w powietrzu, a mnie miotało niczym chorągiewką z pełnym kołem z tyłu. Powiedziałam sobie, że to dla mnie dobrze, bo jestem silna, a drobniejsze zawodniczki będą miały problemy z opanowaniem roweru. Nie mogłam się bardizej mylić… ach ten mój optymizm podczas startów 😃

Po chwili zaczął padać deszcz i choć nie lubię startować w deszczu, to tego dnia był dla mnie zbawieniem. Powietrze stało się rześkie i zaczęłam swobodniej oddychać. Jechałam niczym szatan, ale jednocześnie czułam, że to nie jest to, co na Tajwanie, czy na mocnych zadaniach wykonywanych na obozie na Majorce. Licznik wskazywał moc o ponad 20 watów mniejszą niż zazwyczaj. Na długich prostych widziałam pierwszą zawodniczkę, co pozwoliło mi zacisnąć zębby i powoli odrabiać dystans. Powiedziałam sobie, że po 25 minutach jazdy ją dogonię, czyli odrobię tą minutę straconą w wodzie, a na kolejnych kilometrach będę w stanie w takim tempie zrobić jakieś 3 minuty przewagi. Po około pół godzinie jazdy wyprzedziłam Szwajcarkę. Starałam się to zrobić na znacznie większej prędkości, aby nie była w stanie „usiąść mi na koło”. Mojego zagranie pokerowe sie nie udało i Imogen przyczepiła się niczym rzep mojego ogona. Oczywiście w przepisowej odległości, ale korzystała z cienia aerodynamicznego. Trochę to mnie wkurzało, dlatego starałąm się nadawać mocne tempo aby ją zgubić. Jednocześnie cały czas czułam, że to nie jest mój dzień konia. Niestety próby zgubienia Simmonds były nieudane, co strasznie mnie frustrowało 🙈

Pod koniec roweru przestało padać. Do boksu rowerowego zjechałyśmy ze Szwajcarką w tym samym momencie. RunEat krzyknął mi, że Szwajcarka biega półmaraton w triathlonie po 85 minut, co pozwoliło mi na szybką zmianę strategii. W tym roku jeszcze nie pobiegałam półmaratonu na połówce w tempie poniżej 4:00/km, a taki cel sobie stawiałam na te zawody, więc postanowiłam ruszyć tempem Szwajcarki.

Cały rower to ja prowadziłam, więc podczas biegu schowałam się za plecy Imogen, która kilka razy próbowała mnie zerwać. Kilkukrotnie kazała mi wyjść na prowadzenie, co oczywiście robiłam, po czym atakowała, a mnie nie pozostawało nic innego, jak każdy taki zryw kasować, co wcale nie było proste.

Cały bieg koncentrowałam się na takim rozegraniu biegu, aby wygrać te zawody. Było kilka momentów kiedy czułam się lepiej i zastanawiałam się czy nie spróbować uciekać, ale to półmaraton, 21 km biegu po rowerze, a do tego wysiłku trzeba mieć „dystans”. Imogen była niespokojna, dlatego ja nie mogłam dać ponieść się emocjom, zachowałam spokój i byłam cały czas skoncentrowana. Postanowiłam rozegrać to na końcówce.

Przez ostatnie 5 km biegu kumulowałam siły i zabierałam moc z mojego prywatnego akumulatora schowanego głęboko w sercu. Mijając tabliczkę oznaczającą ukończenie 20 km biegłam ramie w ramie z rywalką. Chwilę później ruszyłam, próbowałam uciec, ale nic z tego. Ucieczka została skasowana. Po czym niemal od razu skontrowała Imogen. Ruszyłam za nią, ale biegła bardzo szybko. Uciekała metr przede mnie, a ja robiłam co w mojej mocy, żeby odległość ta się nie powiększyła. Sięgnęłam jescze głębiej i zdecydowałam się ruszyć z całych sił, tak by nogi piekły, by zabolało. Jeśli zaboli mnie, to ją jescze bardziej. Wyszłam ma prowadzenie i zaczęłam się oddalać. Przestałam słyszeć jej oddech, więc wiedziałam, że jest dobrze. Uzyskana przewaga pozwoliła mi na przybicie kilku piątek kibicom czekającym ma ostatnich metrach. Choć tak mogłam im podziękować za doping. Piona 🖐🏼

Podziękowania również dla Was, dla trenera i dla sponsorów 😃 Tym razem zwłaszcza dla firmy Armexim Development i dla managera 🙂

WIELKA Piona 🖐🏼😃

 

 

 

 

 

 

PS. Zapomniałam dodać, że Liuzhou to najpiękniejsze miasto w jakim byłam. Każdy w nim znajdzie coś dla siebie. Ja mogłabym spacerować po nim godzinami podziwiając życie…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SHARE