Realizacja celu

Agnieszka Jerzyk / 23 marca 2018

Jak to się stało, że trafiłam na Tajwan? Na tak odległą i wydawać by się mogło dziką wyspę 🙂 Myślę, że nie zdecydowałabym się na tak daleką, samotną wyprawę i start w Ironman 70.3 Taiwan gdyby nie fakt, że El Kapitano, który przypomnijmy jest moim managerem, zdecydował się właśnie tam wystartować i powalczyć o slota na MŚ IM 70.3 w RPA 🙂 Tak więc wraz z Emilem, jego rodziną, Łukaszem Kalaszczyńskim, jego tatą i RunEatem wsiadłam do samolotu.


Fot. RunEat.pl

Podróż rozpoczęłam we wtorek o godzinie 5 rano. Wsiadłam do auta i z jednym przystankiem na kawę dotarłam do Warszawy. O godzinie 13 wzbiliśmy się w powietrze i po 6 godzinach lotu wylądowaliśmy w Dubaju. Tam czekał nas 7-godzinny czas oczekiwania na samolot do Tajpej. Po 8 godzinach lotu dotarliśmy na Tajwan. Na deser została nam już tylko 6-godzinna podróż busem do punktu docelowego – Taitung. Kiedy dotarliśmy na miejsce była północ ze środy na czwartek, więc nie było innego wyjścia jak wziąć prysznic, zrobić szybką regeneracyjną sesję Compex’em by przepompować krew po dwudniowej podróży i położyć się spać 🙂 🙂


Kiedy rano się obudziłam pod drzwiami czekało już na mnie śniadanie 🙂 Bardzo słodka, mrożona herbata i trzywarstwowa kanapka z sadzonym jajkiem i powiedzmy orientalnym tuńczykiem 🙂 Cały klimat tego miasteczka bardzo mi przypadł do gustu. Sympatyczni i pomocni ludzie, choć spotkać kogoś, kto mówi po angielsku było wyzwaniem. Kolorowe szyldy umieszczone niemal jeden na drugim, z robaczkowymi napisami i setki skuterów jeżdżących po ulicy. Do tego wieczorne stragany z tajwańskimi smakołykami takimi jak ozorki, kurze łapki, gęsie szyje, kalmary, ośmiorniczki i niespotykane owoce. Sporo modlitewników i pięknie zdobionych świątyń, wszystko to było dla mnie bardzo interesujące. Jak dla mnie to takie bardziej czyste, przejrzyste Chiny 🙂 Jedynie co było nie tak to to, że ktoś wypuścił wodę z basenu 🙂


Fot. RunEat.pl



Przed zawodami, jak mam w zwyczaju, trenowałam bardzo delikatnie. W czwartek pływanie na trasie zawodów przez 30 miut i 10-kilometrowy bieg w ślimaczym tempie 5:20/km. W piątek godzinna jazda na rowerze, odbiór pakietów startowych i oficjalne otwarcie zawodów z prezentacją zawodników PRO.

Sobota to przede wszystkim przedstartowa gorączka, która nabierała na sile. Do tego 40-minutowy lekki bieg w tempie jak dzień wcześniej. Poza tym briefing, wstawienie roweru do boksu i koncentracja. Tego dnia, kiedy my jeszcze spaliśmy, w zawodach 5150 startował Łukasz Remisiewicz i zdobył 3. miejsce w kategorii wiekowej, oraz 8. w klasyfikacji generalnej. Brawo! Tym startem Łukasz postawił nam wysoko poprzeczkę.





Niedziela to już ten dzień, w którym po prostu chciałam wygrać. Już wiem jak to powiedzieć, uparłam się na tą wygraną jak osioł. Powiedziałam sobie, że chcę to zrobić przede wszystkim dla Marii Shorets, zawodniczki z Rosji, z którą ścigałam się podczas zawodów ITU, zawodów wojskowych i Super Ligii na wyspie Jersey. Znamy się już od ładnych paru lat. Na 3-4 dni przed startem Elena (koleżanka Marii) poinformowała mnie o tym, że Maria zachorowała na białaczkę. Rok wcześniej Maria zajęła w zawodach Ironman 70.3 Taiwan 3. miejsce, dlatego tym bardziej chciałam je wygrać.

Niesamowitym źródłem motywacji byli moi najmłodsi fani. Między innymi od Anki Wydarty, która zrobiła dla mnie super torbę, od Frania z obozu w Lloret del Mar, czy pogadanki z Kacprem, którego spotkałam przed wylotem w sklepie Konwa Bike. Miałam też z tyłu głowy taką myśl, a może nawet złość, która choć trochę mnie drażni, jest bardzo mądra – trzeba realizować swoje cele, a ten triathlonowy cel gdzieś cały czas czeka na osiągnięcie. Nie pozostawało mi nic innego, jak dać z siebie 100 procent.

Przed tymi zawodami nie przejmowałam się tym, że 3 tygodnie temu złapała mnie grupa i brałam antybiotyk, że od czasu kiedy na obozie w Lloret de Mare roztrzaskałam przerzutkę nie jeździłam na tym rowerze i pozycji triathlonowej, bo caly ten czas czekaliśmy na nowy hak. Ostatecznie Tycek musiał naprostować stary. Nie było dla mnie problemem to, że działały mi tylko przerzutki w lemondce, i że gdy dotarliśmy rano do strefy zmian oba koła tarły mi o hamulce. Po przeglądzie okazało się, że przedniego hamulca lepiej nie ruszać bo słabo odbija a tylny jak się koło skrzywi to trze więc w razie wypadku mam się zatrzymać i poprawić koło. We mnie panował optymizm i spokój na najwyższym poziomie.

3… 2… 1… Start!

Pływanie odbyło się bez pianek, ponieważ temperatura wody wynosiła 23,6. stopni Celsjusza. Zastanawiałam się czy wejść na rozgrzewkę do wody, jednak zdecydowałam tylko pobiegać i poruszać ramionami. Trochę za dużo czasu straciłam w boksie doprowadzając rower do sprawności 🙂

O godzinie 6:02 padł sygnał i ruszyliśmy. Pierwsze metry były naprawdę szybkie. Spodziewałam się że grupa szybko się rozbije. Po około 300 metrach razem z Australijką Laurą Dennis oderwałyśmy się od reszty zawodniczek. Przez większość dystansu płynęłam jako druga. Na około 700 metrów do końca etapu pływackiego chciałam zamienić się na prowadzeniu, jednak Laura nie skorzystała z moich nóg i już do końca dystansu płynęłyśmy obok siebie.

Po wyjściu z wody czekał na mnie najdłuższy w mojej karierze dobieg do strefy zmian. Nie było to łatwe, ponieważ zawsze po pływaniu ciężko mi dojść do siebie. Po spokojnej zmianie wyruszyłam na etap kolarski na 2. pozycji. Na 90-kilometrowej pętli planowałam zrobić przewagę nad innymi zawodniczkami, ale najbardziej zależało mi na tym, by zrobić to jak najmniejszym kosztem, ponieważ spodziewałam się ciężkiego biegu. Towarzyszące nam pocztówkowe widoki uprzyjemniały jazdę na rowerze. Trasa była dość łatwa, bez wielkich i stromych podjazdów, ale z lekkimi długimi górkami, gdzie trzeba było popracować trochę przerzutkami i nogami oczywiście też 😉 Starałam się być przez cały czas skoncentrowania i naciskać na pedały, od czasu do czasu przypominając sobie po co tutaj przyjechałam. Z roweru zeszłam z przewagą około 4 minut nad drugą zawodniczką, co dało mi pewien spokój ducha. Na pierwszych kilometrach biegu czułam się bardzo dobrze, jednak po 5 kilometrach kiedy wbiegłyśmy do parku, gdzie do pokonania miałyśmy 3 pętle rozpoczęła się walka o przetrwanie i utrzymanie prowadzenia. Pogoda z uporem maniaka utrudniała nam rywalizację. Kiedy zaczynałyśmy bieg było 27 stopni Celsjusza, a po godzinie było ich już 32. Czułam, że z kilometra na kilometr biegnę coraz wolniej i jest mi coraz bardziej gorąco. Bufety miały jeden minus, ponieważ woda i reszta napojów jak izotonik, cola, czy energetyk, były nalewane w plastikowe kubeczki w niewielkiej ilości i niestety nie wiele z nich trafiało do ust.

W tej ostatniej godzinie zawodów musiałam zebrać i wykorzystać całą motywacja z ostatnich tygodni. Przecież obiecałam Marii że wygram, a moja męka jest niczym w porównaniu z jej walką. Ania kibicowała mi na trasie, biła brawo i trzymała kciuki. No i był też taki jeden, który telepatycznie dmucha w plecy i ciągnie za rękę na każdym treningu biegowym. Wszyscy przewijali mi się w głowie i dodawali mocy. Kiedy wbiegłam już w tunel biegnący do mety odetchnęłam z ulgą i na mojej twarzy pojawił się uśmiech.



Wygrałam swoją walkę, a teraz trzymam kciuki i wierzę w zwycięstwo Marii.

Pisząc o tym co działo się w Taitung nie mogę przegapić informacji, że Emil zajął 3. miejsce w swojej kategorii wiekowej i zgarnął slota na Mistrzostwa Świata Ironman 70.3 w Republice Południowej Afryki – brawo! Teraz wypada, żebym i ja się zakwalifikowała 😉 Łukasz Kalaszczyński ukończył zawody na 7. miejscu i złapał cenne punkty potrzebne do kwalifikacji.


Po zawodach wszyscy wybraliśmy się zasłużoną wyśmienitą kolacje z regionalnymi przysmaki 🙂 Następnego dnia wyruszyliśmy w podróż do Taipei, gdzie spędziliśmy cały kolejny dzień. Wspaniale było spędzić ten czas w większym gronie ludzi. Aga, Ania, Emil, Łukasz, Łukasz i Jarek dziękuję Wam 🙂











SHARE