Pamiętniki z obozu – Lloret de Mar

Agnieszka Jerzyk / 3 marca 2018

Rzadko bywa, aby tak krótki, raptem czternastodniowy obóz pomieścił w sobie tyle wydarzeń. Dlatego ten obóz przejdzie do historii, jako najbardziej humorzasty. Obóz, który chciał za wszelka cenę zepsuć moje dobre nastawienie. Już na wstępie mówię, że mu się to nie udało:)

Od sierpnia nie byłam na żadnym obozie, a jaką robotę wykonuje się na zgrupowaniach doskonale wiecie. Dlatego przez te czternaście dni chciałam skupić się tylko i wyłącznie na trenigu. Kolejny start juz 18 marca na Tajwanie, więc czasu nie pozostało zbyt wiele i trzeba szybko zbierać moc.

Treningi pływackie realizowaliśmy niemal w jacuzzi, bo temperatura wody na basenie kręciła się w okolicy 29 stopni. Z tego też powodu czasy nie powalały. Wystarczy pomysleć o tym, że czasem na zawodach np. w Meksyku też musimy się zmagać z taką wodą i treningi zyskują sens. Problem przestaje istnieć.

Lloret de Mar to przede wszystkim piękne trasy kolarskie, które z małymi psikusami podziwiałam najcześciej. Rozładowane baterii systemu elektronicznej zmiany przełożeń, a co się z tym wiąże brak możlwiości zmiany przedniej przerzutki po niecałej połowie treningu to dopiero początek przygód. Szczęsliwie ta pierwsza „wpadka” nie zmusiła mnie do zawrócenia i wcześniejszego powrotu do hotelu. Pomyślałam sobie, że zrobię siłę 🙂 więc wyszedł z tego całkiem dobry trening. Nagłym rozładowanie baterii po niedawnym ładowaniu wymagało porządnego przeglądu i okazało się, że winnymi całemu zamieszaniu były przetarte kable, które zrobiły spięcie. Na domiar złego złamałam kierownicę, która najprawdopodobniej ucierpiała w podróży z Dubaju do Polski.

Na szczęscie mechanik Sycek usztywnił kierownicę dwoma kluczami imbusowymi i można było trenować dalej. W międzyczasie doszła do mnie super wiadomość, iż wchodząca na polski rynek firma B&W, produkująca między innymi sztywne walizki do transportu rowerów, zapewni mojemu Scottowi komfortowe i bezpieczne przeloty w sztywnej walizce, więc nie będę musiała się martwić o kolejne połamane kierownice, koła itd. Dziękuję 🙂

Kiedy myślałam, że problemy z rowerem jużdawno mam za sobą, to na jednym z podjazdów przy wrzuceniu najlżejszego przełożenia wózek przerzutki wkręcił się w szprychy i roztrzaskałam całą przerzutkę w drobny mak. Nie było mowy o dalszej jeździe, a do hotelu miałam jeszcze około 30 km. Na szczęście wiem gdzie byłam i zazwyczaj mam dobrze zaplanowaną podróż powrotną. Dobrze mieć zawsze kilka euro w kieszeni właśnie w razie takich przygód. Grzecznie poszłam na pociąg, po drodze spotkałam młodego triathlonistę na rowerze, który ofiarnie zaproponował pomóc mi dojechać na stację (miał co robić hehe, dobry z niego chłopak). Z pociągu przesiadłam się w autobus i tak trafiam zpowrotem do Lloret de Mar.

Jedynie czego żałuję, to tych straconych kilometrów i roweru. W tym całym nieszczęściu znów miałam wielkie szczęście, ponieważ Konwa Bike Leszno, dzięki którym byłam na obozie, mieli ze sobą rower zapasowy, a ja miałam na czym trenować. Tylko nie mogłam założyć moich nowych kół RON, które doleciały do mnie z Polski, bo zapasowy rower miał tarczowe hamulcae. Przyjdzie i na nie czas. Ważne, że kolejnego dnia znów mogłam pedałować.

Przygody na treningach biegowych sprowadzały się tylko do częstych wizyt w „WC”, zapewne przez te pyszne owoce. Najważniejsze że tempo było ok. A jednak o czymś zapomniałam. Ostatnie 2 dni były walką z przeziębieniem, gorączką, kaszlem i lekką niemocą, przez co musiałam zrezygnować z biegania szybkich interwałów na rzecz długiego i spokojnego wybiegania.

Obóz się skończył i pomimo kilku pechowych sytuacji stwierdzam, że jest dobrze. Spędziałam fajne dni z fajnymi ludźmi. Poznałam kolejnych triathlonistów – Tomka i Wojtka z cała rodzinką. Mały Franio kibicował mi na treningu biegowym i jadaliśmy wspólne posiłki. Wszystko mu smakowało tak samo jak mnie 🙂 Pokój dzieliłam z Sylwią, młodą kolarką o podobnym spojrzeniu na świat i z Olą Dawidowicz, kolarką światowej klasy, z którą mogłyśmy pogadać o tym, co dobrego przyniósł nam sport i jak wygląda nasze życie teraz.

Po kilku latach znów byłam na obozie z chłopakami z Unii Leszno. Nie muszę mowić, że z taką ekipą zawsze jest wesoło. Ewka Komander zabrała mnie do siebie do urokliwej Girony. Tam chwyciłam legendarnego girońskiego lewka el Cul de La Lleona za tyłek, aby spełniło się marzenie. Oprócz tego piłam kawę w ulubionej kawiarni Jana Frodeno. Czy ta kawa ma w sobie moc? Sprawdzę już 18 marca na Tajwanie 🙂









SHARE